Pogoda za oknem? Lepiej nie wspominać… Leje od samego rana. Świeża jeszcze krew spływa z pól bitew, zarówno tych wielkich, jak i tych małych. Ale wszystkie znaczyły tyle samo – nad każdą wisiała śmierć. Kosiła równo, bez względu na stopień, majątek. Bolesna, krwawa, powolna…
Deszcz. Wiatr. Przed nadejściem Zakonu w Czwartym Świecie często świeciło słońce. Kiedyś ten świat miał więcej zalet niż wad. Pogoda tutaj odzwierciedla myśli mieszkańców. Tym razem był to deszcz smutku i wiatr przenikający kości.
- Wybacz, że musiałeś czekać… – z głębi pokoju dobiegł głos.
Odwróciłem się. Nie zauważyłem, kiedy wszedł. Był to szczupły mężczyzna średniego wzrostu. Zawsze, gdy go widziałem, miał skupione, nieobecne oczy. Tym razem patrzył spokojnie, prosto we mnie.
- Usiądź proszę – powiedział.
Usiadłem na fotelu, a on usiadł obok.
- Co cię do mnie sprowadza?
Dobrze wiedział, o co chodzi. Mimo to pokrótce wyjaśniłem, z czym przyszedłem. Podałem kilka argumentów, dlaczego to właśnie do niego się zgłaszam. Stanął przy tym samym oknie, przy którym stałem wcześniej. Spojrzał w dal.
- To nie byłoby proste.
- To nigdy nie jest proste - odpowiedziałem podchodząc do okna. – Spójrz na nich wszystkich. Ogarnia ich smutek. Nie wiedzą, co mają ze sobą zrobić. Nie potrzebują kogoś, kto zajmie się polityką. Potrzebują pomocy.
- A ty?
- Wiesz, że ja się nie nadaję. Myślę, że byłbyś najwłaściwszą osobą.
Dobrze pamiętał czasy, kiedy to nie mógł znieść hałasu zza okna. Teraz mu tego brakowało. O ile Zakon nie zdołał powybijać wszystkich, o tyle zdołał zabić szczęście, na którym kiedyś opierał się ten świat.
- Daj mi trochę czasu. Pomyślę nad twoją propozycją.
- Dzięki. Wiesz, ile to dla mnie znaczy.
Ryzykowałem wiele. Musiałem działać w cieniu, poza zasięgiem Rady. Oni i ich kodeks. Nie ingerować w sprawy świata. To po co w ogóle Rada istnieje? Chyba tylko po to, żeby ci wszyscy sprzeczający się magowie mogli się najeść. Czas zmienić zasady i zacząć działać. Ale jeszcze jest za wcześnie, żeby się dowiedzieli o jakichkolwiek działaniach.
Wyszedłem. Zbliżał się wieczór. Dopóki nie odbuduję domu korzystam z komnaty w wieży Rady. Staram się być tam tylko tyle, ile jest to konieczne. Wynająłem już znajomą ekipę. Jedyna dobra rzecz, jaką robi Rada, to to, że dba o swoich członków. Teraz po wojnie przysługują mi pieniądze na opłacenie kosztów odbudowy. Przy okazji dam zarobić znajomym. Mają teraz dużo pracy, ale nie ma z tego dużych pieniędzy.
Strażnik przy bramie od razu mnie poznał. Jestem jednym z niewielu radnych korzystających z wejścia. Tym bardziej, że o tej porze większość już śpi lub medytuje. Pierwsza odbywa się rankiem, jeszcze przed śniadaniem. Następna jest zaraz po nim. Rada obraduje dwa razy dziennie za wyjątkiem świąt. Czasem zwoływane są sesje nadzwyczajne, w których wszyscy muszą uczestniczyć. Na szczęście zdarza się to rzadko, a na pozostałych sesjach obecność nie jest obowiązkowa, chodź podnosi „reputację” wśród pozostałych. Staram się być na ważniejszych, jednak szczerze mówiąc nudzi to bardziej niż obserwowanie ślimaków. Choć przepraszam, to jest nawet ciekawe.
Tak. Dzień się skończył. Słońce już za horyzontem. Dobranoc, Czwarty Świecie. Zobaczymy się znów bladym świtem…
